Powoli dociera do mojej świadomości, że te moje krótkie teksty zamieszczane na gościnnych łamach Biblioteki Analiz coraz bardziej ograniczane są sztywnym gorsetem tzw. „rynkowej bieżączki”. Niby wszystko w porządku, wszak profil pisma tego wymaga, ale z drugiej strony mam z tym coraz większy kłopot. Ile bowiem można ciągle o tym samym?!… Pewnie bez końca, wszak nie temat jest najważniejszy, lecz sposób jego potraktowania, a ten wiąże się zawsze i jedynie z inwencją i możliwościami piszącego. Ale – przyznaję – mam z tym coraz większy problem. Jeśli mogę sobie pozwolić w tym miejscu na wyznanie, to powiem: dla mnie zawsze bardziej interesująca, zarówno emocjonalnie, jak i poznawczo, pozostaje rzecz mała, drobna, ledwie widoczna, miniaturowa, ukryta, czasem zapomniana, niedomagająca się unaocznienia, jednym słowem – szczegółowa. Wszelkie duże kwantyfikatory, różnego rodzaju syntezy, uogólnienia, duże skale, piętrowe konstrukcje i wynikająca z tego wszystkiego narratorska pewność siebie – zawsze była i nadal jest dla mnie podejrzana… A brnąłem w to niejednokrotnie. I to jest niedobre, i w jakimś sensie nieuczciwe wobec mnie samego…
To, co powyżej, to wstęp, uzasadnienie i wprowadzenie do tego, co poniżej.
W kolejnych numerach Biblioteki Analiz redakcja publikuje ceny wybranych pozycji książkowych aktualnie [...]