Kiedy Stanisław Wyspiański tworzył swoją wielką wizję „teatru ogromnego”, przemawiał przez niego dajmonion, który roztaczał przed nim profetyczną wizję przyszłości. Szeptał mu mianowicie do ucha, że zasadniczą sceną wszelkich naszych narodowych sporów o imponderabilia jest (w sensie zarówno symbolicznym, jak i dosłownym) zakole Wisły w Krakowie. To jest bowiem owo miejsce mityczne – wieszczył dajmonion – co stanowi figurę polskiego losu i przeznaczenia zarazem, czyli miejsce, które raz na zawsze zakreśla horyzont czegoś tak nieuchwytnego, jak pojęcie „narodowej tożsamości”. Tego pojęcia co prawda nie rozumie nikt, ale jak najbardziej czuje je każdy, kto z plemienia Lechitów. Kto czytał, ten doskonale wie, że tej sprawie autor Wesela poświęcił zasadniczą część swojej dramaturgicznej twórczości, z Akropolis i Bolesławem Śmiałym na czele. U Wyspiańskiego Polska „rozgrywa się” pomiędzy Wawelem a Skałką. Wielki Wizjoner miał absolutną pewność, że tak będzie zawsze i że żadne, nawet najbardziej nieprzewidywalne losy Polski w przyszłości tego nie zmienią. Zostaliśmy bowiem, niczym somnambuliczne figury chocholego tańca, zaklęci na wieczność. Katedra na Wawelu i kościół na Skałce wyznaczają oś sceny, na której toczy się nasza odwieczna dysputa nad sensem naszej historii, czyli w konsekwencji – obliczem naszej narodowej tożsamości. Poeta miał [...]