| Środa, 23 lipca 2008
2008 — rok Zbigniewa Herberta - Temat numeru
Pan Cogito spogląda losowi prosto w oczy
Był rok 1974. Na zajęcia drugiego roku polonistyki nazwane „współczesnym życiem
literackim”, zwykle średnio ciekawe, prowadzący magister Marian Śliwiński
przyszedł jak zwykle z książką pod pachą. Mruknął: „Dzień dobry”, i od razu
zaczął czytać. Wiersz po wierszu. Od początku do końca przeczytał całą książkę,
niezbyt długą zresztą. Potem popatrzył na nas, siedzących w sali, postukał
palcem w okładkę tomiku i powiedział: — Jest życie literackie i jest literatura.
To pierwsze jest nic niewarte, ta druga… — zawiesił głos — może być właśnie
taka. Nic więcej nie mam wam do powiedzenia.
Po zajęciach pojechałem do
księgarni. Miałem szczęście, kupiłem ostatni egzemplarz „Pana Cogito” Zbigniewa
Herberta. Najwybitniejszy tom poezji polskiej, jaki wyszedł za mojego życia. Po
dziś dzień.
Zapasy ze światem
Nie znajduję
innego odpowiedniego określenia na moje ówczesne odebranie tych wierszy, jak
olśnienie. Tym większe, że Herbert nie był wcale ulubieńcem mojego pokolenia.
Tego, wtedy 50-letniego poetę uważaliśmy za żywego klasyka, zanurzonego w
antyku, rozstrząsającego problemy moralne przynależne raczej bogom i herosom niż
ludziom. A już zwłaszcza, ludziom żyjącym „tu i teraz”, w PRL-owskiej krainie
mającej się już lada dzień, już za chwilę zmienić w „drugą Polskę” za sprawą
miłościwie nam panującego towarzysza Edwarda Gierka, poufale zwanego
„Sztygarem”.
Sprzeciw Zbigniewa Herberta wobec totalitaryzmu, jego
udział w raczkującej opozycji demokratycznej, podpis pod Listem 15 będącym
wyrazem zaniepokojenia położeniem Polaków w Związku Sowieckim nie były
tajemnicą. Ale postawa poety nie przekładała się wprost na jego twórczość, tak
przynajmniej uważało wielu z nas. Szczytem nieporozumienia (jeśli tak to można
nazwać) było zaatakowanie Herberta przez Juliana Kornhausera w firmowanym
wspólnie z Adamem Zagajewskim publicystyczno-krytycznym tomie „Świat nie
przedstawiony” (1973). Kornhauser, świetnie zapowiadający się w tamte dni młody
poeta, w szkicu „Herbert: z odległej prowincji” zarzucał autorowi „Studium
przedmiotu” oderwanie się od rzeczywistości i opisywanie jej poprzez historyczny
kostium, operowanie symbolem a nie konkretem, olimpijskość, a przy tym mocno
naiwne zauroczenie kulturą Zachodu, rzekomo widzianą — właśnie — oczyma
prowincjusza.
Można to skomentować jedynie przywołując Herbertowskie
określenie swoich podróży na Zachód — „zapasy ze światem”. Bo i były to zapasy,
także i w sensie dosłownym, biorąc pod uwagę sytuację materialną poety, który w
pierwsze wyjazdy na Zachód wyruszał ze 100 dolarami w kieszeni. Zachodu tego
czuł się pełnoprawnym dziedzicem i pewnie dlatego nie pozostawał wobec niego
bezkrytyczny. To zresztą charakterystyczne dla autora „Pana Cogito”, że
opowiadając się zawsze za wartościami demokratycznymi i nienawidząc komunizmu,
dostrzegał ujemne strony antagonistycznego systemu, całą bezduszność
kapitalizmu.
Należy pamiętać, kiedy i gdzie, w jakich okolicznościach
powstawał „Pan Cogito”. Otóż, miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie
Herbert w końcu 1969 roku zaczął wykładać na Stanowym Uniwersytecie
Kalifornijskim. W akademickiej Ameryce wstrząsanej akurat młodzieżową, lewicową
rewoltą, polski poeta stanął zdecydowanie po stronie drogich mu tradycyjnych
wartości. Uczynił to tak skutecznie, że grupa studentów wydała pismo literackie
„Mr. Cogito”, dedykowane, oczywiście Herbertowi.
W tamtej atmosferze
jednakże, gdyby poeta wprost prezentował swoje poglądy, zostałby pewnie uznany
za niereformowalnego wstecznika i nie miałby czego szukać wśród robiących
„postępowe” miny amerykańskich intelektualistów. Ale Herbert wymyślił sobie Pana
Cogito, dojrzałego spadkobiercę myśli kartezjańskiej, kogoś nieco
staroświeckiego ze skłonnością do autorefleksji, zachowującego daleko posunięty
sceptycyzm w stosunku do m.in. modnej muzyki rockowej, fascynacji gnozą i magią.
Stanąć na [...]
Krzysztof Masłoń
|