| Czwartek, 19 marca 2009
Ucieczka z przenośnego domu
Co czytają inni
Gdy w styczniu 1979 roku szachinszach
Muhammad Reza Pahlavi wyruszył
do Egiptu „na zasłużone wakacje”,
moja irańska znajoma powiedziała: „To
już koniec, nie mam do czego wracać”.
Ani nie przesadzała, ani się nie myliła –
wyjechała z kraju rok wcześniej w swego
rodzaju „pakiecie”, jako że cała rodzina
towarzyszyła ojcu na londyńskiej placówce.
Opowiadała, że sytuacja polityczna
w Iranie była już wtedy bardzo niepewna,
tron Pahlavich chwiał się i dygotał, mułłowie
żądali odwołania wcześniejszych reform,
wprowadzenia szariatu i generalnie
szybkiego cofnięcia się do czasów dzieciństwa
Mahometa. Szach nie był bez winy,
przyznawała, o bardzo nagannych zachowaniach
jego tajnej policji wiedział bodaj
cały zachodni świat, ale Savaku bali się
jedynie ci, którzy nie kochali szacha, tłumaczyła.
Gdy do władzy dorwą się mułłowie,
bać powinni się wszyscy, którzy
kochają życie.
Trudne to było do wyobrażenia, zresztą
polityka nie zajmowała priorytetowego
miejsca w czasie naszych spotkań. Coś się
jednak zmieniło, gdy do Teheranu wrócił
z wygnania ajatollah Chomeini, ambasadę
amerykańską zajęli na 444 dni
jego poplecznicy, a na przełomie kwietnia
i maja 1980 islamscy terroryści zaatakowali
ambasadę Iranu w Londynie. Gdy
wieczorem w wolny poniedziałek, ostatni
dzień długiego majowego weekendu komandosi
wdzierali się do środka budynku,
moja znajoma wraz z rodziną odlatywała
do USA – byle dalej od szalonych mułłów.
Ostatnią kartkę dostałem od niej na
święta 2000 roku. Po wrześniowym ataku
na WTC przestała pisać.
W tym roku mija 30 lat od wymuszonej
emigracji Pahlaviego i początku rządów
muzułmańskich kleryków, a także 20
lat od śmierci ajatollaha. Żaden kryzys,
to pewne, nie powstrzyma autorów i [...]
GRZEGORZ SOWULA
|